Angkor. Rozległy kompleks świątynny. Cuda sakralnej kultury Khmerów zagubione i odnalezione pośród pierzastej dżungli. Starożytne, mistyczne budowle pnące swe szare sylwetki nieustannie ku niebu w nieskończonej modlitwie. A wokół nich bije mięsiste serce dżungli. Przeżycie nie do opisania- trzeba doświadczyć samemu.
Główna świątynia - Angkor Wat, usadowiła się w samym centrum kompleksu. Poświęcona jest bogowi bogów Wisznu oraz jednocześnie królowi Surjawarmana II, który się z bóstwem, co oczywiste, utożsamaał. Budowla wyrastała ponad kłębowisko dżungli przez 35 lat, żeby po przeniesieniu stolicy do Phnom Nem (XVI w) pogrążyć się w nim na 4 wieki. Dzieło rąk 5 tysięcy rzemieślników i 50 tysięcy robotników. Oblegane dziś przez turystów wszelkiej maści, tak jak pobliskie drzewa przez popielate małpki. Budowla posiada zwieńczenie w formie trzech wież o kształcie stożkowej szyszki, charakterystyczne również dla pozostałych świątyń.
Kamienne ściany drgają w rytm tupotu stóp 20 tysięcy postaci zbiegłych z ksiąg Ramajany i Mahabaraty. Szeregi reliefowych boginek o cudacznycznych fryzurach i nakryciach głowy eksponują wydatne biusty wymachując nimi w tańcu, lub krocząc w dostojnym pochodzie. Dłonie nieziemskich istot układają się w gesty, których znaczenie nie jest mi znane. Zastanawiam się, co też próbują mi one przekazać- błogosławieństwo, nakaz, czy ostrzeżenie?
Az trudno uwierzyć, że te zimne ściany były niegdyś pokryte jaskrawymi kolorami, a wieńczące budowle wieże lśniły najprawdziwszym złotem. Dziś cisza i spokój kamienia nadaje im powagi i dostojeństwa. Przynajmniej w moim zeuropeiozwanym rozumieniu.
Wchodzimy w labirynt mrocznych korytarzy i słonecznych tarasów. Odkrywam miejsce, w którym sacrum wciąż płonie, podsycane ogniem modlitw wiernych. Posągi ugięte pod ciężarem wieków przyobleczone są w pomarańczowe szarfy i wieńce z nagietków. Zapach kadzideł wije się między ich nogami. Dookoła klęczą wierni, wznosząc w górę złożone ręce i kłaniając się nisko, ku stopom kamiennych postaci.
Uciekając od innych turystów wchodzę w mało uczęszczany zakamarek i oto ukazuje mi się kolejne milczące, kamienne lico. Dookoła pusto, cicho i mrocznie. Przez parę minut wpatrujemy się w siebie. Tylko my dwoje, w milczącym dialogu pokoleń, na ścieżce niebo-ziemia. Przypomina mi się, że przed chwilą złapałam Buddę za potężny nochal, pozując do zdjęcia. Pomimo iż kamiennie oblicze uśmiecha się do mnie ze smutną wyrozumiałością, ogrania mnie dziwny niepokój. Wracam do gwarnych turystów z niezrozumiałym uczuciem, gdzieś w środku.
Angkor to rozległy, monumentalny zespół świątyń, jego obszar obejmuje około 400 km²! Trzy dni zajęło nam i naszym rowerom zgłębienie tego świata cudów. A i tak nie zobaczyliśmy wszystkiego, nie było nam dane odkrycie wszystkich tajemnic popękanych murów. Sama już nie pamiętam, ile świątyń nawiedziliśmy, a do ilu nie udało się nam dotrzeć.
Każda kolejna świątynia dostarcza nowych wrażeń. Każda odróżnia się w jakiś sposób od innych. Po ich ścianach kroczą dostojnie słonie, przechadzają się znane i nieznane bóstwa, pęzają wstęgi ornamentów. Niektóre strzeżone są przez przedziwne stworzenia z khmerskiej mitologii. Do innych prowadzą potężne bramy, czy mosty. Jedne charakteryzują się smukłością i wertykalizmem, inne są rozłożyste i przysadziste. Te monumentalne i strzeliste wznoszą się ponad czupryny drzew, pną wysoko ku niebu. Żeby dotrzeć na samą górę, pokonać trzeba dziesiątki stromych, czasami wręcz pionowych schodów, doprowadzających nie tylko, na szczyt, ale i również do zawrotów głowy. Widoki z górnych tarasów wynagradzają ciężką, zasapaną wędrówkę. Inne budowle są niskie, rozłożyste, o ciemnych, rozgałęziających się korytarzach, przypominających chwilami labirynt. Z niektórych pozostały już tylko piramidki kamieni. Inne wygrały walkę z przyrodą, oczywiście dzięki pomocy człowieka.
Najważniejsze świątynie i zabytki (przede wszystkim główna świątynia Angkor Wat) znajdują się w się w samym centrum kompleksu. Rok w rok są one oblegane przez miliony turystów. Wystarczy jednak zboczyć z głównych szlaków, przebyć kilkanaście kilometrów więcej, przebić się przez mięsistą dżunglę, żeby znaleźć się w miejscach cichych i zagubionych, dyszących mrocznym sacrum. Miejsca, które przez te kilkanaście minut będą należeć tylko do ciebie.
Każda kolejna świątynia dostarcza nowych wrażeń. Każda odróżnia się w jakiś sposób od innych. Po ich ścianach kroczą dostojnie słonie, przechadzają się znane i nieznane bóstwa, pęzają wstęgi ornamentów. Niektóre strzeżone są przez przedziwne stworzenia z khmerskiej mitologii. Do innych prowadzą potężne bramy, czy mosty. Jedne charakteryzują się smukłością i wertykalizmem, inne są rozłożyste i przysadziste. Te monumentalne i strzeliste wznoszą się ponad czupryny drzew, pną wysoko ku niebu. Żeby dotrzeć na samą górę, pokonać trzeba dziesiątki stromych, czasami wręcz pionowych schodów, doprowadzających nie tylko, na szczyt, ale i również do zawrotów głowy. Widoki z górnych tarasów wynagradzają ciężką, zasapaną wędrówkę. Inne budowle są niskie, rozłożyste, o ciemnych, rozgałęziających się korytarzach, przypominających chwilami labirynt. Z niektórych pozostały już tylko piramidki kamieni. Inne wygrały walkę z przyrodą, oczywiście dzięki pomocy człowieka.
Świątynie na takich trasach są w gorszym stanie, część z nich rozsypuje się na naszych oczach. Przemierzamy stosy gruzów, z których łypią na nas oczy bóstw. Fragmenty ścian i stropów, poskładane na nowo, wyglądają jak budowle z klocków- chwiejnie i niestabilnie. Tutaj przenika nas mroczna atmosfera tajemnicy, rozświetlona płomykami świec i pomarańczowymi szarfami. W takich miejscach jesteśmy często jedynymi zwiedzającymi. Co jakiś czas rozdzielamy się, aby każdy z nas mógł kontemplować antyczne piękno w samotności.
Chwila idealnego, niezmąconego niczym szczęścia. Jestem sama. Odgłosy moich kroków niosą się w ciemnych korytarzach, spowitych zapachem kadzideł i stęchlizny. W tle nieustannie pulsuje dżungla. Z oddali słychać dźwięki kmerskich melodii odgrywanych na instrumentach, których nie potrafię nazwać. Ze ścian patrzą na mnie oczy demonów i bóstw. Siadam na progu, pośród rozrywającycej ściany roślinności dżungli. Wsłuchuję się w te wszystkie odgłosy, wdycham unoszące się dookoła zapachy. Świat zatrzymuje się. Czas przestaje istnieć. Unoszę się w niebycie, odczuwając radość, która pulsuje we mnie jak dżungla dookoła. Po chwil ziemia znów zaczyna się kręcić, wydaje mi się, że czuję jej mozoloną pracę pod stopami.
Pośrodku jednej ze świątyń odnajduję przystrojony w ciepłe barwy ołtarz. Piecze nad nim sprawuje wiekowa mniszka. Składam dolara w ofierze. W ramach podziękowania mniszka zawiązuje mi na nadgarstku czerwoną włóczkę, szepcząc słowa błogosławieństwa. Pozostanie ona na moim ręku aż do końca wyjazdu.
Angkor to świat, w którym antyczna kultura broni się przed napierającą, rozbestwioną, potężną naturą. Świat niepokojących marzeń i baśni. Potężne macki drzew rozrastają się na dachach świątyń, wpęzają pomiędzy kamienie tworzące budowle, zanurzając się w nie głęboko lub tylko brodzą w nich obłymi kończynami. Korzenie spływają grubymi splotami po ścianach, wiją się między wieżami, reliefowymi postaciami, poprzez progi kolejnych komnat. Rozpęzają się we wszystkie strony, rozsadzając ściany pierwotną, nieokiełznaną siłą. W tej nierównej walce może pomóc zabytkom kultury jedynie człowiek.
Tutaj można na własne oczy przekonać się, jaką siłą i energią dysponuje natura. Czuję jak bije jej niestrudzone serce, jak buzują się soki w tych monumentalnych drzewach.
Nieopodal niektórych świątyń usadowiły się kilkuosobowe zespoły grające tradycyjną kmerską muzykę. Warto zatrzymać się przy nich na jakiś czas i posłuchać dziwnych , brzękliwych melodii.
Angkor to nie jest skansen! Każda świątynia wciąż żyje i niezmiennie uczestniczy w łączeniu ludzi z Absolutem. Świadczą o tym świeżo usypane kopczyki kamieni, pomarańczowe ołtarzyki, dary stawiane na szczytach, wijące się dymy kadzidełek. W zakamarkach świątyń co krok odnajduję ołtarze obleczone w pomarańczowe barwy i modlitwy wiernych. Po setkach lat zapomnienia bogowie odżyli. Istnieją takie miejsca kultu w świecie, w których w wyniku zapomnienia lub zakrętów historii sacrum zwiędło, rozwiało się lub zostało brutalnie zbeszczeszczone. W Angkor sacrum drzemało tylko pogrążone w przepastnej dżungli, żeby na nowo zapłonąć w modlitwach wiernych już w tym odmiennym XX wieku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz